Czy współczesny człowiek w ogóle potrzebuje zorganizowanej religii? (3)

Czy współczesny człowiek w ogóle potrzebuje zorganizowanej religii? (3)


Przychodzi zatem pewien kryzys, będący znakiem, ze czas już na owo wejście w siebie. Kiedyś człowiek dochodzi (…) do stanu, w którym traci wszystko, co dotychczas otrzymał od Boga. Wszystko to wydaje mu się teraz bezwartościowe. Czuje się on tak podniesiony, że tamte rzeczy już mu nie odpowiadają i nie ma w nich upodobania, nie chce ich; tego natomiast, czego pożąda, nie ma i z tego powodu znajduje się jakby między dwoma przeciwieństwami, w wielkim bólu i ucisku (Lassalle).

Ja sama, będąc pomiędzy dwoma przeciwieństwami, czułam ogromną potrzebę autentyczności i szczerości (choć początkowo nie potrafiłam tego ubrać w słowa).  Zadając głęboko nurtujące mnie pytania (np.: Dlaczego Jezus umarł za coś, co nawet według teologów jest tylko metaforą [zjedzenie zakazanego owocu przez pierwszych ludzi]? A teraz my – jako ludzkość - musimy pokutować jednocześnie za coś, co się nie wydarzyło i za to, że przez nas Bóg musiał cierpieć i umierać, żeby „zapłacić” za ten nieistniejący grzech? Przecież nikt nie kazał mu tego robić! Nie zmuszaliśmy go do niczego!) otrzymywałam rozmyte, niejasne, rozmydlające temat odpowiedzi, które pozornie wyjaśniały problem, a w rzeczywistości oddalały mnie od jego rozwiązania. Pamiętam, jak płakałam, błagając Boga, żeby pozwolił mi w końcu dotrzeć do sedna.


Geneza


Każdy dogmat czy doktryna religijna ma swoje źródło w autentycznym prywatnym mistycznym doświadczeniu, które przyciąga innych swoją życiową energią, zarażając ich entuzjazmem, witalnością, wewnętrznych pokojem – tworzy, łączy i buduje. Jednak z biegiem czasu, kiedy nauki głoszone przez ich krzewiciela są przekazywane kolejnym i kolejnym pokoleniom, zwykle tracą swoją siłę i przybierają formę zamrożonych ram. Początkowo po to, aby nie uronić i nie stracić nic z pierwotnego przekazu. Członkowie grupy posługują się określonym językiem i trzymają się określonej wizji świata. Lecz to, co było najważniejsze, zostało już utracone – ta nieuchwytna energia, „duch”, który napędzał ludzi. Doświadczanie obecności Boga zostało redefiniowane w kategoriach reguł, ról i aktów samocenzurowania (Griffith).

Ponadto, gdyby członkowie takiej grupy troszczyli się przede wszystkim o dobro współwyznawców, dochodziłoby do systematycznego korygowania zasad, zgodnie ze zmieniającym się światem i potrzebami. Tymczasem nieprzydatne założenia przybierają formę dogmatów, a kolejni naśladowcy ślepo przyjmują je za pewniki zamiast je zmieniać (Witkowski). Richard Rohr mówi:

Każde pokolenie musi odkrywać Ducha na własną rękę i z myślą o sobie samym. W przeciwnym razie reagujemy na obecność wyłącznie poprzedniego pokolenia, i to często przesadnie. Albo też się dostosowujemy – również nadmiernie. Żadna z tych postaw nie jest pozytywnym i twórczym sposobem podążania naprzód.

Weźmy na przykład Jezusa. Tak pisał o nim Włodek Markowicz w Kropkach:

 Jezus doznał oświecenia. Nieważne, czy sam, czy z czyjąś pomocą. Co mógł zrobić, by przekazać swoje przesłanie? (…) Mógł posługiwać się alegoriami, przypowieściami, metaforami (…).

O co chodziło Jezusowi? Nie chciał, wbrew powszechnemu przekonaniu, żebyśmy wierzyli w Niego. Chciał, żebyśmy wierzyli jak On. Żeby osiągnąć to zrozumienie, które On posiadł. Dokładnie takie samo założenie przyświecało Buddzie, Mahometowi i wszystkim innym prorokom. Nigdy nie chodziło o to, żeby wierzyć w kogoś.

Na czym polega problem? Jezus chciał pokazać ludziom coś niewidzialnego. Wyciągnął zatem palec. Pokazał niewidzialne i powiedział: „Patrzcie ludzi, to tu”. Ludzi niestety nie zobaczyli tego, co chciał. Zobaczyli palec. To jest właśnie prawdziwe przekleństwo każdej religii, każdej! Nie patrzysz na to, co najważniejsze. Nie patrzysz w siebie, na swoje zachowanie, emocje i uczucia. Patrzysz ciągle na ten durny drogowskaz, na ten… palec. Stawiasz mu pomniki. Budujesz świątynie. Tworzysz swoje nowe wyznanie. Nazywasz je „palcanizmem”. Kłaniasz się przed tym palcem, traktujesz go jak Boga, oddajesz mu się, jesteś na każde jego zawołanie. Po kilku latach odcinasz własny palec, by pokazać wszem i wobec swoją pustą wiarę. A potem drugi, aż w końcu zostajesz bez palców. Ale to nic, jedziesz dalej. Nakłaniasz teraz innych do odcinania palców. Tworzysz nowy odłam religijny, sektę bezpalczastych. Cały czas wierzysz w palec, aż do upadłego. Dopóki nie zejdzie z ciebie cała krew, dopóki nie umrzesz za swoją wiarę. Rodzą się twoje dzieci. Od razu przekonujesz je do palcanizmu. Opierają się – nie szkodzi, to dla ich dobra. Muszą zrozumieć, że bez palcanizmu będą zgubione. Że bez niego nie mogą być szczęśliwe.


A przecież Jezus był w swoich czasach skrajnie kontrowersyjną postacią, która wywracała cały porządek społeczny, bo zamiast chwalić wysoko postawionych ortodoksyjnych Żydów (jak powinien zrobić prawdziwy Mesjasz), spoufalał się ze „złymi” ludźmi. Gromadził przy sobie tłumy, które nie popierały wcale rzymskiej władzy i żydowskich hierarchów posiadających monopol na prawdę. Dlatego został zabity – jako buntownik, który mógł wywołać powstanie, i to w wielu obszarach. Nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób konserwatyzm oraz sztywny zbiór zasad uważa się za wypełnianie woli Bożej. Przecież Jezus to właśnie krytykował!

Jezus jest podobny do mężczyzny z przypowieści Anthony’ego de Mello (Przebudzenie), który wynalazł ogień i pokazał go ludziom:

 Nie zależało mu ani na wdzięczności, ani na uznaniu. Zależało mu na tym, by im się lepiej wiodło. Następnie powędrował do innego szczepu, gdzie znowu zademonstrował wartość swego wynalazku. Tu także ludzie wykazali spore zainteresowanie, trochę zbyt duże, by mogło ujść uwagi kapłanów, którzy spostrzegli, że człowiek ten przyciąga wielkie tłumy, a oni tracą popularność. Postanowili więc pozbyć się przybysza. Otruli go, ukrzyżowali – możecie ująć to, jak chcecie. Obawiali się jednak, ze ludzie mogliby zwrócić się przeciwko nim, byli więc bardzo rozważni, a nawet podstępni. Wiecie, co zrobili? Umieścili portret tego człowieka na głównym ołtarzu świątyni. Narzędzia do krzesania ognia położono obok, a ludziom nakazano oddawać cześć portretowi i narzędziom do krzesania ognia, oni zaś czynili tak przez wieki. Trwał kult, ale nie było ognia.

Gdzie jest ogień? Gdzie jest narkotyk wykorzeniony z ciebie? Gdzie jest wolność? Tego właśnie dotyczy duchowość. Jest czymś tragicznym, że tracimy te sprawy z pola widzenia. Ich właśnie dotyczą słowa Chrystusa. Ale my poświęciliśmy nadto uwagi słowom „Panie, Panie” – prawda?

Gdzie jest ogień? A jeśli kult nie daje ognia, jeśli adoracja nie prowadzi do miłości, jeżeli liturgia nie prowadzi do jasnej percepcji rzeczywistości i Bóg nie wiedzie do życia, to czemu służy religia? Poza tym, że tworzy jeszcze więcej podziałów, konfliktów i fanatyzmu? To nie z powodu braku religii – w zwykłym tego słowa znaczeniu – cierpi świat, ale z braku miłości, braku świadomości.

Jak więc to zmienić? Trzeba krzesać ogień – działać, poszukiwać, kwestionować, czytać, eksperymentować. Żyć. Jeśli religia ma ci w czymś pomóc, to tylko jako drogowskaz. A jeśli to działanie się liczy, zbiór założeń, którym się kierujesz, nie ma aż takiego znaczenia. Eric Fromm pisał tak:

Z punktu widzenia logiki paradoksalnej cały ciężar spoczywa nie na myśli, lecz na działaniu. (...) Jeśli właściwe myślenie nie jest ostateczną drogą do prawdy ani do zbawienia, nie ma powodu, aby zwalczać tych, których myślenie doprowadziło do innych sformułowań. Tolerancję tę pięknie wyraża historia o ludziach, od których zażądano, aby w ciemności opisali słonia. Jeden z nich, dotykając trąby, powiedział: „To zwierzę jest podobne do rury wodnej”; drugi, dotykając ucha, powiedział: „To zwierzę podobne jest do wachlarza”; trzeci, dotykając jego nóg, opisał słonia jako kolumnę.

Oczywiście nie chodzi mi o to, że nie potrzebujemy żadnych zewnętrznych wskazówek i zasad, bo sami mamy być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Tutaj wracamy do koncepcji dwóch połów życia Richarda Rohra. Ktoś najpierw musi nauczyć nas, co jest dobre, a co złe, jeśli chcemy to później zakwestionować. Jednak trudno mi się zgodzić, że zorganizowania religia może posłużyć za dobrą, zdrową strukturę, po zbudowaniu której w pełni ukształtowany człowiek może odejść i znaleźć swoją własną „zawartość”.


(Samo)wychowanie


Zgodnie z terapią schematów (której jestem fanką) opracowaną przez Jeffreya Younga w latach 90. powtarzające się trudności w relacji z samym sobą i innymi ludźmi (tzw. wczesne nieadaptacyjne schematy) biorą się z niespełnionych w dzieciństwie potrzeb emocjonalnych:

•    bezpiecznego przywiązania
•    autonomii, kompetencji i poczucia tożsamości
•    wolności wyrażania uczuć i potrzeb
•    spontaniczności i zabawy
•    realistycznych granic i samokontroli

W trakcie takiej terapii pacjent/klient uczy się być dla siebie dobrym rodzicem, który wie, kiedy odpuścić, a kiedy wymagać i jak oraz kiedy spełniać potrzeby dziecka. Odnajduje równowagę pomiędzy dawaniem a braniem.

Kościół tymczasem byłby takim nadopiekuńczym rodzicem, traktującym człowieka jak dziecko we mgle, które samodzielnie nie potrafi podejmować dobrych dla siebie decyzji. Trzeba mu więc wyznaczyć szereg zasad, które w rzeczywistości tylko uśmierzają lęk rodzica. W swojej wielkiej nieufności kościelne autorytety stosują potężne narzędzia, które pomagają im wyegzekwować posłuszeństwo – poczucie winy i strach – pielęgnując w człowieku nieustanne niezadowolenie z siebie. Tylko chrześcijaństwo może zapewnić człowiekowi sens życia, dobro, prawdę, miłość i jakąś samokontrolę, bo poza nim panuje hedonizm, rozpusta, narcyzm i brak jakichkolwiek zasad moralnych. Nie ma nic pomiędzy.

Kościół Katolicki nie jest dobrym nauczycielem na pierwszą połowę życia, bo nie potrafi zachować równowagi pomiędzy wymaganiem a odpuszczaniem. Nieustannie wspiera postawę samokontroli, posłuszeństwa i pokory, nie zdając sobie sprawy z tego, że w tę stronę też można przesadzić. Nakazuje wręcz tłumić potrzeby autonomii, wyrażania swoich uczuć, spontaniczności i zabawy. Granice, które stawia, nie są rozsądne, uzasadnione ani zdrowe. Oczywiście są ludzie, którzy dzięki dobrym przykładom w dzieciństwie są w stanie korzystać ze sztywnych kościelnych reguł w sposób elastyczny. Ale sam kościół nikogo tego nie nauczy. Opuszczenie jednej mszy świętej w niedzielę jest grzechem ciężkim.

Są też jednak ludzie, którym katolicyzm może faktycznie pomóc w stworzeniu lepszego i pełniejszego życia. Niektórzy naprawdę potrzebują bardzo wielu granic, samokontroli, dyscypliny, bo mają problemy z impulsywnością, roszczeniowością czy przestrzeganiem norm. Dlatego taka religia może świetnie sprawdzić się np. u nawróconych kryminalistów.

I tutaj doskonale pasuje wezwanie do nawrócenia, do żalu za grzechy przy jednoczesnym podkreślaniu jak miłosierny i przebaczający jest Bóg, który wycierpiał więcej niż mógłby znieść jakikolwiek człowiek, biorąc na siebie najpodlejsze, najokrutniejsze przestępstwa, do jakich mogliby posunąć się ludzie. To dobra historia, która może przynieść wiele pocieszenia i ulgi osobom naprawdę zasługującym na miano „grzeszników”. Poczucie winy jest tu przecież adekwatne do sytuacji i prowadzi do głębszej miłości oraz wewnętrznej odnowy.



Światełko w tunelu

 

Chrześcijaństwo zwykle zachęca do siebie „ludzi z zewnątrz” hasłami o nieskończonej miłości Chrystusa. Niestety, im dalej w las, tym więcej wymagań musimy spełnić, aby na tę miłość zasłużyć. Im na wyższym stopniu wtajemniczenia jesteśmy, tym więcej się od nas wymaga.

Znany amerykański eks-pastor Rob Bell w jednym z odcinków swojego podcastu przedstawia wizję Boga jako siły, która ciągnie świat do przodu. Starotestamentalny Jahwe może wydawać nam się okrutny i przerażający, lecz na tamte czasy był wyjątkowo łagodną postacią, a zasady, które przedstawił Izraelitom, wymagały o wiele mniejszego okrucieństwa niż zasady, według których żyły wtedy inne narody. Sprawiedliwość reguły „oko za oko, ząb za ząb” była także nowym pomysłem przy krwawej mściwości pierwszych społeczeństw. Historię Abrahama, któremu Bóg polecił złożyć w ofierze (zabić) swojego syna i w ostatniej chwili cofnął ten nakaz, Kościół Katolicki interpretuje jako przykład posłuszeństwa lub zapowiedź śmierci Jezusa. Abraham jednak wykonuje ten nakaz bez zaskoczenia i oporu, ponieważ składanie ludzi w darach bogom było wtedy na porządku dziennym. Swoją dziwną zmianą zdania Bóg chciał dać wyraźnie do zrozumienia, że od tej pory nie będzie tolerować ofiar z ludzi.

I Bóg nadal jest o krok przed nami. Być może najbardziej pomijanym i przeinaczanym dzisiaj przesłaniem Chrystusa jest zapewnienie o bezwarunkowej miłości – o tym, że nie musimy robić kompletnie nic, nie musimy się przejmować żadnymi grzechami czy błędami, możemy robić, co chcemy – a i tak będziemy warci dokładnie tyle samo, ile byśmy byli warci, gdybyśmy się wytężali i starali. Zawsze będziemy zasługiwać na niebo. Jesteśmy wystarczająco dobrzy. Zasady nie istnieją. Mamy od nich większą wartość.

Zagubiona owca nie musi się sama odnaleźć – to pasterz szuka jej, przynosi na swoich własnych plecach i urządza przyjęcie na jej cześć. Kobieta szuka zagubionej drachmy i świętuje jej odnalezienie. Ojciec z otwartymi rękami przyjmuje syna, który się go wyrzekł, nie robi mu żadnych wymówek i urządza z tej okazji huczną ucztę.

Ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy.

Dlaczego nikt w Kościele nie powiedział nam, że to nie do nas zwraca się Jezus, kiedy upomina faryzeuszy? To my jesteśmy wdową, sierotą, cudzoziemcem i biednym. Marią Magdaleną, której Jezus bronił przed uczonymi w Piśmie. Celnikiem, z którym Jezus jadł kolację. To my jesteśmy ostatnimi, którzy będą pierwszymi. Potrzeba mało albo tylko jednego. Możemy być i słuchać.


Niestety Kościół jest nieidealnym dziełem ludzkich rąk, a ludziom bardzo trudno jest uwierzyć, że są wolni i nie ma żadnych warunków do spełnienia. To wydaje się za proste, za łatwe, zbyt bezwysiłkowe i niesprawiedliwe, a do tego niebezpieczne, bo może prowadzić do bezkarności i sprowadzać na złą drogę.

(…)religijność rodzinna i grupy wyznaniowe w społeczeństwie mogą docierać głęboko do serca każdego człowieka. Zasadnicze pytanie dotyczy tego, czy owo docieranie tworzy ochronny cień, pod którym może rozkwitać indywidualna duchowość, czy ów cień hamuje jej wzrastanie z powodu braku światła. (Griffith)

Jeśli ktoś miałby jeszcze jakieś wątpliwości, załączam fragment artykułu z portalu Fronda.pl:

Mam nadzieję, że nie sfałszuję nauki Kościoła Katolickiego w tej sprawie, upraszczając ją w ten sposób. Człowiek ma obowiązek podążania za swoim sumieniem, nawet jeśli ono jest błędne. Z drugiej strony ma on obowiązek kształtowania swego sumienia, czyli dążenia do prawdy – badania czy jego pragnienia są z Boga, czy podążanie za nimi jest dobre. Jeśli więc Ty (…) w swoim sumieniu jesteś przekonany, że Kościół Katolicki nie jest prawdziwym Kościołem Chrystusa i opuszczenie Go jest dla Ciebie tym, czego oczekuje Pan Bóg, czynisz słusznie, opuszczając Kościół, nawet jeśli obiektywnie jest to złe. (…)
Sądzę bowiem, że jeśli ktoś idzie za głosem sumienia to doświadcza głębokiego pokoju. Jeżeli zaś ktoś zieje nienawiścią, to tym samym zadaje kłam temu, co choćby z największym zapałem twierdził, że „kieruje się miłością do Chrystusa i idzie za wołaniem Ducha Świętego, który odczuwa w głębi swego serca”. Gdyby tak było, to powinien cieszyć się jego owocami: Ga 5:22-23 „Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.”

Myślę, że trzeba się jednak przygotować na to, że pełnia szczęścia i spokoju nie przyjdzie od razu. Zwłaszcza, jeśli jako katolicy byliśmy wykorzenieni z siebie i pogrążeni w głębokiej depresji, a swoim odejściem z Kościoła dopiero rozpoczynamy proces uwalniania się z pętających nas schematów, lęków, przekonań i ograniczeń. Musimy się dopiero nauczyć jazdy bez zaciągniętego hamulca ręcznego. Jednak towarzysząca naszej decyzji ulga, poczucie wewnętrznej spójności, pokoju i bycia nareszcie w zgodzie ze sobą są niemalże namacalne. Pomimo tego, że grunt wali nam się pod stopami, bo właśnie tracimy wszystkie skrawki poczucia bezpieczeństwa, jakie dawało nam przekonanie, że jesteśmy wyznawcami „właściwej religii” i nic nam nie grozi.

Istnieje też inny sposób, żeby sprawdzić, czy konkretna duchowość się sprawdza. Scott Carney w książce Śmierć na Diamentowej Górze napisał tak:

Psycholodzy tacy Sagan poddają więc deklaracje duchowe prostemu testowi: czy określone przekonania albo praktyki przybliżają daną osobę do czynnego i pożytecznego życia, czy ją oddalają?
 I z tym pytaniem was zostawiam. Każdy musi sobie na nie sam szczerze odpowiedzieć.

***

Źródła
 
Bell, Robert. "Alternative Wisdom | Part 6 - Sheep, Coins And Sons". Robcast, 2017, https://robbell.podbean.com/.


Biblia Tysiąclecia. Pallottinum, 2002.


Carney, Scott. Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia. Wydawnictwo Czarne, 2016.


de Mello, Anthony. Przebudzenie. Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2015.


Enomiya-Lassalle, Hugo. Medytacja zen dla chrześcijan. Wydawnictwo WAM, 2008.


Fromm, Erich. O sztuce miłości. Wydawnictwo Rebis, 2001.


Griffith, James. Religia, która uzdrawia. Religia, która szkodzi. Wskazówki dla terapeutów i szukających pomocy. Wydawnictwo WAM, 2013.


Koń, Placyd. "Nawrócenie ...na protestantyzm?". Fronda.pl, 2012, http://www.fronda.pl/blogi/okruchy-przede-wszystkim-z-bochenka-slowa-bozego/nawrocenie-na-protestantyzm,25517.html.


Markowicz, Włodek. Kropki. Wydawnictwo Flow Books, 2016.


Rohr, Richard. Spadać w górę. Wydawnictwo WAM, 2017.


Witkowski, Tomasz. Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach. Wydawnictwo Bez Maski, 2018.
O naczyniu, które masz zbudować i porzucić (2)

O naczyniu, które masz zbudować i porzucić (2)



W poprzednim poście pisałam o procesie dysocjacji, w którym zaczynają się pogrążać członkowie grup wielokrotnie zmuszani do tłumienia spontanicznych uczuć.

Taki proces jest na szczęście odwracalny. Zwarte grupy muszą więc nieustannie wzmacniać poczucie grupowej tożsamości. Wspominałam o tradycjach i zasadach, które pomagają organizacjom w utrzymywaniu sztywnych granic oddzielających członków od zewnętrznego świata.

Zaryzykuję stwierdzenie, że ta zewnętrzna otoczka reguł i rytuałów jest spoiwem chrześcijaństwa, które pozwala bardzo niskim kosztem utrzymać bardzo dużą liczbę wyznawców. Kościół nie pomaga w tworzeniu indywidualnej religijności i stawia wymagania bez uwzględnienia osobistych uwarunkowań psychologicznych. Co więcej, zgodnie z religią katolicką, to właśnie Kościół wie najlepiej, czego potrzebuje KAŻDY człowiek i jeśli komuś wydaje się, że potrzebuje czegoś innego – nie ma racji. To odzywa się grzeszna ludzka natura, którą ciągnie do egoizmu, uciech i przyjemności. To emocje, które zniekształcają rozeznanie. To diabeł subtelnie odciąga od prawdy i zniewala. Wszelkie wątpliwości są dozwolone, o ile nie wyprowadzą człowieka poza grupę. Bez religii/„Jezusa”/oświecenia/wypełniania praktyk religijnych nie możemy osiągnąć spełnienia, nasze szczęście jest tylko złudzeniem, a my jesteśmy zaślepieni i nie mamy pełnego oglądu sytuacji. Nie zliczę, ile razy czytałam lub słyszałam, że jeśli ktoś nie zgadza się z choć jedną kościelną doktryną, nie powinien nazywać się katolikiem.

Tak Scott Peck w Drodze rzadziej przemierzanej opisuje pracę z jedną ze swoich pacjentek:

Żadna zakonnica w szkole parafialnej i żaden ksiądz na katechezie nie zachęcał Kathy, żeby spróbowała samodzielnie przeanalizować doktrynę religijną albo w jakiejkolwiek innej dziedzinie myślała za siebie. Kościół nie wykazuje żadnej troski o umiar w nauczaniu, nieżyciowość swojej doktryny czy jej nadużywanie i niewłaściwe stosowanie. Problem Kathy można by również streścić następująco: chociaż z całego serca wierzyła w Boga, przykazania i pojęcie grzechu, nabyła swoją religię i koncepcję świata w niespersonalizowanej, standardowej wersji, która zupełnie nie odpowiadała jej potrzebom. Kathy nie kwestionowała, nie podważała, nie myślała za siebie. Jej Kościół – co również jest typowe – nie podjął najmniejszych starań, żeby jej dopomóc w wypracowaniu bardziej dla niej odpowiedniej osobistej religii. Wygląda na to, że Kościoły na ogół preferują wersję standardową, dla wszystkich według jednej sztancy.

Ciekawie ujmuje ten problem franciszkanin Richard Rohr w książce Spadać w górę. Według niego życie dzieli się na dwie części. Pierwsza polega na zbudowaniu solidnej struktury i tożsamości. Do tego są nam potrzebne wskazówki, zasady, reguły, granice, drogowskazy, autorytety, które zapewnią nam poczucie bezpieczeństwa, porządku i spójności. Zadaniem drugiej części życia jest odnalezienie zawartości, która wypełni przygotowane naczynie.

Zbudowanie domu na gotowych fundamentach. 

Trzeba wyjść poza etykiety i gotowe schematy, aby zacząć szukać prawdy samodzielnie i na własną rękę. Bo nikt nas już w tej podróży nie może zastąpić. I nie chodzi tutaj o bunt i odrzucenie struktur, ale o przekroczenie ich, spojrzenie z lotu ptaka. O wyjście z pędzącego pociągu i pójście w swoją stronę.
Pociąg dowiózł cię tam, gdzie miał dowieźć. Twoje naczynie jest gotowe. Nie musisz już tak kurczowo trzymać się gotowych kodeksów moralnych, bo teraz jak szkielet podtrzymują twoje ciało. Masz je w sobie. Możesz więc samodzielnie zdecydować, którymi z nich chcesz się kierować i poszukać własnych odpowiedzi na własne pytania.

Jak powiedział Carl Jung: to, co dla młodej osoby jest normalnym celem, w starszym wieku staje się neurotyczną przeszkodą.

Adler, Jung, Reich i późniejsi analitycy rozwinęli więc własne systemy nie tylko dlatego, że byli przekonani o istnieniu czegoś, co może działać skuteczniej, lecz dlatego, że odczuwali osobistą potrzebę dążenia do prawdy własną drogą. (Kottler)

Znany psychoterapeuta Irvin Yalom dodaje:

Jeśli ideologiczne szkoły z ich skomplikowanymi systemami metafizycznymi cokolwiek pomagają pacjentom, to dlatego, że uśmierzają lęki terapeuty, a nie pacjenta (…). Im większa jest tolerancja terapeuty na lęk przed nieznanym, tym mniej potrzebuje on ortodoksyjnych szkół. Twórczy zwolennik jakiejkolwiek ortodoksji w końcu ją przerasta.

Nurty w psychoterapii (psychodynamiczny, poznawczo-behawioralny, systemowy, Gestalt, itd.) też są pewnymi systemami założeń, tak jak zinstytucjonalizowana religia. O ile nasza kultura i Kościół mogą być przydatnymi narzędziami w pierwszej połowie życia, o tyle w drugiej możemy spotkać się z całkowitym niezrozumieniem. I tu nie zawsze chodzi o dwie połowy w sensie chronologicznym. Ludzie młodzi, zwłaszcza ci, którzy przedwcześnie doświadczyli cierpienia, już tam dotarli, podczas gdy wiele starszych osób wciąż pozostaje na etapie dzieciństwa. 

Aby wkroczyć w tę drugą część, niezbędne jest właśnie cierpienie. Nie możemy zrobić tego sami z własnej woli, musimy zostać tam pchnięci. Musi zdarzyć się coś, co nakłoni nas do dekonstrukcji i przebudowy naszego systemu wartości.


To prawdziwa sztuka nauczyć się rozróżniać między konstruktywnym, twórczym cierpieniem a cierpieniem, które donikąd nie prowadzi. Przypomina mi się pierwszy sezon serialu Westworld. Warto zapytać się samych siebie, czy to rozpaczliwe kręcenie się w kółko jest w rzeczywistości przechodzeniem przez kolejne etapy - okręgi - labiryntu, w drodze do samoświadomości, środka i celu. Czy tylko próbą złapania własnego ogona? To trudny temat, do którego może jeszcze kiedyś wrócę. Najważniejsze, żebyś nie poddawał się swoim wątpliwościom i lękom, kiedy czujesz, że nie wytrzymasz ani chwili dłużej w systemie, w którym się znajdujesz, że się w nim dusisz i musisz wyruszyć w podróż, do której wzywa cię twoja dusza. Jedni nazwą to przejściem w drugą połowę życia, inni przebudzeniem, wyzwoleniem ze stanu dysocjacji, kryzysem rozwojowym, wglądem, „nocą ciemną” czy nawet nawróceniem.

Przychodzi zatem pewien kryzys, będący znakiem, ze czas już na owo wejście w siebie. Kiedyś człowiek dochodzi (…) do stanu, w którym traci wszystko, co dotychczas otrzymał od Boga. Wszystko to wydaje mu się teraz bezwartościowe. Czuje się on tak podniesiony, że tamte rzeczy już mu nie odpowiadają i nie ma w nich upodobania, nie chce ich; tego natomiast, czego pożąda, nie ma i z tego powodu znajduje się jakby między dwoma przeciwieństwami, w wielkim bólu i ucisku.
Zbiornik wysechł. Dlatego każdy, kto chce iść dalej, musi wejść w siebie. (Lassalle)

*** 

Ten cykl najlepiej czyta się w całości. Do takich wniosków doszłam po podzieleniu się poprzednim wpisem na facebookowej grupie Zdrowej Głowy. Po ochłonięciu z rollercoastera emocji wstawiam więc tylko krótkie preludium do kolejnej - ostatniej już - części artykułu, gdzie dochodzę do sedna religii i wywracam ją na drugą stronę. Będzie o tym, jakie według mnie jest przesłanie Biblii, komu może pomóc nauczanie Kościoła i jak ocenić, czy duchowość uzdrawia lub szkodzi. Do zobaczenia i przeczytania :)!


Źródła

Enomiya-Lassalle, Hugo. Medytacja zen dla chrześcijan. Wydawnictwo WAM, 2008.

Enomiya-Lassalle, Hugo. Zen: praktyczne wprowadzenie do medytacji. Wydawnictwo Czarna Owca, 2009.

Griffith, James L. Religia, która uzdrawia - religia, która szkodzi: wskazówki dla terapeutów i szukających pomocy. Wydawnictwo WAM, 2013.

Kottler, Jeffrey. Skuteczny terapeuta. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2003.

Peck, M. Scott. Droga rzadziej przemierzana. Nowa psychologia miłości, wartości tradycyjnych i rozwoju duchowego. Zysk I S-Ka, 2016.

Rohr, Richard. Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia. Wydawnictwo WAM, 2017.

Yalom, Irvin. Kat miłości. Opowieści psychoterapeutyczne. Wydawnictwo Czarna Owca, 2014.
Jeśli religia jest ci powodem do grzechu, odetnij ją (1)

Jeśli religia jest ci powodem do grzechu, odetnij ją (1)




Jeśli jesteśmy bardzo wierzącymi ludźmi, religia stanowi fundament naszego życia, jest okularami, przez które widzimy świat i interpretujemy wydarzenia, określa naszą filozofię życiową, kodeks moralny, wpływa na zachowanie i funkcjonowanie w świecie. W starciu z ogromnym monolitem gotowego systemu światopoglądowego takie rzeczy jak potrzeby psychiczne i fizyczne, racjonalne myślenie, psychologia, nauka, a nawet zdrowie kurczą się do mikroskopijnych rozmiarów. W końcu przecież musimy zapomnieć o sobie i postępować zgodnie z wolą bożą, zwłaszcza jeśli jest sprzeczna z naszą własną wolą. Im bardziej się poświęcamy, cierpimy, zaniedbujemy – tym lepiej. Musimy przecież pokutować za swoje grzechy, a im więcej przecierpimy tu na ziemi, tym mniej czasu spędzimy w czyśćcu. Jesteśmy przecież prochem, nic nieznaczącym słabym grzesznikiem, który nigdy nie będzie wystarczająco dobry, a mimo to jest zobowiązany nieustannie dążyć do ideału, niczym Syzyf wnoszący głaz pod górę.

Przy tym w każdym momencie jesteśmy zagrożeni atakami szatana, który tylko czyha na nasze potknięcie, żeby zawładnąć naszą duszą i wtrącić nas do piekła. Żyjemy więc w ciągłym strachu, poczuciu winy i skrajnie niskiej samoocenie – na które przecież zasługujemy, bo tak podpowiada nam nasze dzieciństwo. Jesteśmy wybrakowani, bo odrzuciliśmy Boga i jesteśmy osobiście odpowiedzialni za grzech Adama i Ewy. Co miesiąc robimy rachunek sumienia i spowiadamy się ze wszystkich grzechów, nieodpowiednich uczuć, złych myśli, nieważne, że przelotnych czy niechcianych. Z czasem grzechów jest coraz mniej, więc rachunek sumienia staje się coraz bardziej dokładny i szczegółowy. „Nie rozwijałam swojej wiary”, „zaniedbałam okazję do czynienia dobra”, „nie broniłam wiary”. Bo przecież ten, co uważa, że nie ma żadnych grzechów, to dopiero prawdziwy grzesznik. Pilnujemy się, żeby być zawsze nienagannie mili i uprzejmi, tłumimy złość i smutek, coraz więcej się modlimy, zmuszamy się i przemagamy, tracimy tożsamość, pomagamy, uczestniczymy w rekolekcjach, chodzimy do kościoła, wyrzekamy się swojego ja. 


Ulga nie nadchodzi.


Zaczynamy doświadczać stanów depresyjnych, bólów głowy, objawów psychosomatycznych, lęku. To my doprowadziliśmy się do takiego stanu, my jesteśmy za to odpowiedzialni i nie wolno się nam nad sobą użalać. Jeśli tylko weźmiemy się w garść, bardziej zaufamy Bogu, będziemy się więcej modlić, bardziej starać – wszystko się ułoży. Bóg zsyła na nas trudności, żeby nas czegoś nauczyć. Każdy musi nieść swój krzyż.


Gubimy się w izolacji stworzonej przez religię, w której doktryna jest ważniejsza od człowieka.



Religia jako grupa socjobiologiczna

 

Człowiek to istota społeczna. Już od czasów epoki kamienia łupanego ludzie gromadzący się w grupy mieli większe szanse na przetrwanie. Często konieczne było poświęcenie swoich własnych osobistych potrzeb na rzecz potrzeb i zasad wspólnoty. Przetrwanie i bezpieczeństwo grupy gwarantowało przetrwanie i bezpieczeństwo jednostki, której nie udałoby się przeżyć w zupełnej samotności. Aby chronić tożsamość gromady i wzmacniać morale jej członków, wypracowywano złożony system wierzeń i zwyczajów, który odróżniał i oddzielał zbiorowość od zewnętrznego świata i innych grup. 

Jesteśmy więc genetycznie zaprogramowani na tworzenie zorganizowanych zbiorowości, bo w ten sposób naszemu gatunkowi udało się przetrwać. Grupa walczy o przetrwanie niczym samodzielny nowonarodzony organizm i w tym celu musi uczynić swoich członków jak najbardziej podporządkowanymi i podatnymi na nakazy. Inaczej wspólnota szybko by się rozpadła z powodu różnicy zdań. W jednostkach pielęgnuje się więc tzw. „JA socjobiologiczne”.

 Jak pisze James L. Griffith w książce Religia, która uzdrawia. Religia, która szkodzi:


Często niedocenianą misją rodzicielskiej i parafialnej katechezy (…) jest doskonalenie socjobiologicznego „ja” u dzieci, by w przyszłości mogły bez trudu uczestniczyć w publicznych i zorganizowanych formach religii. 

Natomiast duchowość indywidualna działa wyłącznie przez angażowanie całego jestestwa osoby. Taka duchowość rozwija się w obrębie „ja” osobowego – (…) sfera „prawdziwego ja”. Jest ona ukierunkowana na dobro własne osoby, a także dobro innych ludzi z całą ich indywidualnością, a nie na oczekiwania ze strony religijnych struktur społecznych i hierarchii władzy. Problemy w życiu religijnym pojawiają się wtedy, gdy dochodzi do konfliktu pomiędzy dążeniami „ja” socjobiologicznego i „ja” osobowego.

Tak więc częściowe, zdezintegrowane „ja” zaczyna funkcjonować jako pełne „ja”, zaczynamy się z nim identyfikować i konieczna staje się udawana akceptacja ról i relacji, które głęboko w swojej duszy uważamy za zdradę samych siebie. Im dłużej to poczucie zdrady i niespójności staramy się w sobie stłumić, tym głębiej zostaje ono zakopane w podświadomości. Wiernych nieustannie uczy się podważać i ignorować spontaniczne myśli i impulsy koncentrując się wyłącznie na nakazach uznawanych za pobożne. Jeśli jest w nas jakiś konflikt, to musimy zmienić wartości naszego prawdziwego „ja”, żeby odpowiadały celom i wartościom „ja” socjobiologicznego. Liczy się efekt, a nie to, co mamy tak naprawdę w sobie.

Powtarzające się sytuacje uciszania spontanicznych uczuć prowadzą do stanu dysocjacji i odrętwienia. 
Jak poranna mgła w słońcu, tak i zdolność do odczuwania życia z całym jego bogactwem i pełnią znika w miarę nabierania przez stłumienie emocjonalne cech rutyny i nawyku. Ludzie w warunkach wymagających podporządkowania się standardom grup lub organizacji mogą się więc wydawać apatyczni, puści i zdystansowani emocjonalnie od siebie i od innych ludzi. W swej uległości jednak osoby takie potrafią realizować zamiary grupy – także te charakteryzujące się wykorzystywaniem, wyzyskiem, zaniedbaniem lub sadyzmem, których jako jednostki moralne i skłonne do refleksji nigdy by nie realizowali, gdyby nie byli członkami grupy.

Brzmi to jak opis życia w niebezpiecznych sektach, ale moim pierwszym skojarzeniem jest tutaj surowa asceza w dobrze nam wszystkim znanym Kościele Katolickim. Jak pisze ksiądz i terapeuta Karl Frielingsdorf w Demonicznych obrazach Boga

Ludzie wykonujący zawody duchowe lub kształtujący swe życie według szczególnie surowych zasad, kierują się bardzo często „negatywną ascezą” i „fałszywą pokorą”, które są zazwyczaj wynikiem lub „wykwitem” ich zniewolonych uczuć wściekłości i nienawiści, zwracających się „według woli nieba” w formie autoagresji przeciwko danej osobie. Tego typu samodzielnie tworzonego „życia ofiarnego, według woli boskiej” nie da się pogodzić z „dobrym duchem” Boga, który pragnąłby, abyśmy doświadczali pełni życia (…)

Uważają, że jeśli sami będą siebie karać, unikną bolesnych ciosów, które zechce im zadać Bóg. Takie postępowanie świadczy o głębokim przekonaniu, że należy „tkwić z naszym strachu i naszej depresji, i nie pytać o ich przyczyny. Zostanie nam to policzone przed sędziowskim obliczem Boga jako już odbyta pokuta.”




Zakony – sekta czy modelowe chrześcijaństwo?

 

Niestety, najczęściej asceza nie jest osobistym wyborem zaburzonej jednostki, ale bezwzględnym nakazem narzucanym zwłaszcza w (żeńskich) zakonach. Zakonny styl życia to ten ucieleśniony wzór, ideał poświęcenia i posłuszeństwa (a tak naprawdę dysocjacji), do którego dąży się w Kościele, a który przez wypowiedzi świętych, kazania, książki i modlitwy przenika na świeckich wiernych.

Oto kilka pomocnych wskazówek z Dzienniczka św. s. Faustyny:

  • Unikać żartów i słów dowcipnych, które prowadzą do rozśmieszenia innych i przerywania milczenia (…) Cenić niezmiernie najdrobniejsze przepisy. (…) Unikać poufałości. (…) Nie zwierzać się ze swoich przeżyć. Unikać głośnego porozumiewania się przy obowiązku.

  • Nie sądzić nigdy nikogo. Dla innych mieć oko pobłażliwe, a dla siebie surowe. Do Boga odnosić wszystko. A w oczach własnych czuć się tym, czym jestem – to jest największą nędzą i nicością.

  • Dawać pierwszeństwo zawsze innym, we wszystkich okolicznościach, szczególnie na rekreacji słuchać spokojnie, nie przerywając, chociażby dziesięć razy to samo mi opowiadano. Nigdy nie zapytam o rzecz, która mnie bardzo ciekawi.

  • Nie upominaj się nigdy o swoje prawa. Wszystko, co cię spotyka, znoś z wielkim pokojem i cierpliwością. Nie broń się, gdy całe zawstydzenie będzie spadać na ciebie niewinnie. Pozwól triumfować innym. Nie przestań być dobrą, gdy spostrzeżesz, że nadużywają dobroci twojej.

Niestety takie podejście nie jest odzwierciedleniem wyższego stanu świadomości, w którym człowiek wychodzi poza swoje ego, ale świadectwem skrajnie niskiej samooceny, która skłoniła taką osobę do wstąpienia do zakonu, gdzie może ona tylko liczyć na jeszcze aktywniejsze wzmacnianie ukształtowanych w dzieciństwie schematów samopoświęcenia, podporządkowania, deprywacji emocjonalnej, wadliwości, zależności, zahamowania emocjonalnego, nadmiernych wymagań i bezwzględnej surowości. A czym jest duchowość, jeśli nie uwalnianiem się ze swojego matriksa zaprogramowanych myśli i reakcji – do prawdziwej wolności? Tymczasem młode zakonnice wstępując do zakonu postępują zgodnie ze swoimi psychologicznie uwarunkowanymi skłonnościami pod pozorami wypełniania boskiego powołania.


Posłuchajmy Karen Armstrong, która w The Spiral Staircase: My Climb Out of Darkness tak pisała o czasie, który spędziła w nowicjacie:

Celem formacji było osiągnięcie przez nas pełnej niezależności, tak byśmy już więcej nie potrzebowały ludzkiej miłości lub aprobaty. Powiedziano nam również, że mamy umrzeć dla naszego starego „ja” i dla naszego należącego do świata, świeckiego sposobu widzenia rzeczywistości. Naturalnie, nikt nas nie grzebał żywcem w grobowcu, ani nic w tym stylu, ale byłyśmy nieustannie osłabiane, umniejszane, publicznie karcone lub nakłaniane do czynienia rzeczy ewidentnie absurdalnych. Zgodnie z zaleceniem św. Ignacego miałyśmy się stać całkowicie uległe wobec woli Boga wyrażanej za pośrednictwem naszych przełożonych, na podobieństwo „trupa, który daje się dokądkolwiek nosić i pozwala na wszelki sposób z sobą się obchodzić, albo jak laska starca służąca do woli i w każdym miejscu i do każdej rzeczy temu, kto ją w ręce trzyma.” Umarłe dla siebie, miałyśmy żyć pełniejszym, bogatszym życiem.

Nie dyskutuję z tym, że być może ostatecznym celem rozwoju duchowego jest wyswobodzenie się z okowów własnego „ja” i doświadczenie świata jako jednej wielkiej wspólnoty. Tylko czy to jest faktycznie dobry sposób na osiągnięcie takiego stanu? Czy nastoletnie dziewczęta są gotowe na taki krok? Czy poniżanie i nauka uległości mogą wywrzeć jakikolwiek dobry efekt? Św. Ignacy Loyola pisał w swoich zaleceniach dla jezuitów: 


Tak dalece winniśmy byś zgodni z Kościołem Katolickim, ażeby uznać za czarne to, co naszym oczom wydaje się białe, jeśliby Kościół określił to jako czarne…

Warto jednak zauważyć, że św. Ignacy żył w XVI w., a od tego czasu zarówno Kościół, jak i zakony męskie w wielu kwestiach poszły naprzód i zmieniły się razem ze światem zewnętrznym. Zakony żeńskie natomiast są niczym relikt średniowiecza w i tak już bardzo zachowawczej i konserwatywnej religii.


W książce Zakonnice odchodzą po cichu M. Abramowicz, która jest fantastycznym studium zakonów żeńskich w Polsce, tak o siostrach wypowiadają się dominikanie:


Poświęcają się bez umiaru. Dzień w dzień sześć godzin w kaplicy i osiem godzin pracy. Jak długo da się tak wytrzymać? U nas są klasztory, które mają tylko jedną modlitwę wspólną w ciągu dnia. Sami decydujemy, jak będzie najlepiej dla wszystkich. A one boją się cokolwiek postanowić, żeby nie naruszyć żadnego z odwiecznych przepisów.


Miałem kiedyś rekolekcje dla sióstr. Powiedziałem: żyjcie w zgodzie z sumieniem. A one na to, że musiałyby wystąpić, bo pracują z trzema księżmi, którzy traktują je jak szmaty. Więc co z tego, skoro nie mogą nic zmienić?


Ja też nie chcę spowiadać sióstr, choć nagminnie mnie o to proszą. Nie dokonam żadnej zmiany. Nie mam na nic wpływu. Orka na ugorze. Dlaczego? Wolność to istota chrześcijaństwa. Jeśli im będę o tym mówić, postawię je wobec ogromnego dylematu: przestrzegać ślubu posłuszeństwa czy iść za głosem sumienia. A głos sumienia zaraz wyprowadzi je z zakonu. 


Święty Dominik mówił: nie chcę mieć niewolników. U nas posłuszeństwo jest głęboko dialogiczne. Bracia dyskutują, a przełożony stara się ukazać sens swojej decyzji. Może oczywiście wydać rozkaz formalny, którego nie wolno złamać, ale jest to niezwykle rzadkie.(…) A u sióstr przełożone zawsze odwołują się do woli Bożej, z którą nie wolno dyskutować.


Przyjeżdżają tu postulantki. Jedną znałem wcześniej, po pół roku w zakonie była zupełnie zmieniona, totalnie upupiona, wycofana, zalękniona. Spuszczone oczy, skulona.


Żyją w religijnym matriksie. Powołaniem nazywają to, że się zaharowują.


Spowiedź sióstr jest nieporadna, jak u dziecka: kłócę się z Panem Bogiem, nie mam uczuć w trakcie mszy świętej, nie klęczę równo z innymi. A to nie ma żadnego znaczenia. Wiarę sprowadzają do obrzędów.


Jak pisze M. Abramowicz, obecna sytuacja w zakonach żeńskich może wynikać z tego, że na wyższych stanowiskach w Kościele Katolickim zasiadają wyłącznie mężczyźni. To oni podejmują decyzje dotyczące zmian zasad i reguł w zakonach. Aby chronić swojej tożsamości i odrębności, kobiety – zakonnice pilnują i dbają o najdrobniejsze wskazania ustalone przez swoją organizatorkę. Siostry znające osobiście matkę założycielkę, zainspirowane jej nauką, przekazują zasady kolejnym „adeptkom”, ale z biegiem czasu klasztorna reguła traci swojego pierwotnego ducha i staje się pustym pozbawionym sensu rytuałem, przestrzeganym co do litery, aby oprzeć się obcym ingerencjom z zewnątrz.




Z drugiej strony jednak zakony nie są krzywym zwierciadłem religii katolickiej, ale jej krystalicznie czystym odbiciem. To nie jabłka są zgniłe, tylko beczka.

Siostry przełożone są przekonane, że postępują słusznie. Mistrzynie i Matki Generalne nie są złymi macochami, które gnębią swoje córki, one wierzą, że prowadzą je ku doskonałości. Że robią to, czego oczekuje od nich Chrystus. Że takie zadanie wyznaczył im Kościół. Zakonnica ma być cicha i pokorna jak Maryja. Powinna iść za przykładem Faustyny i małej Tereski. Kościół przecież uznał je za święte. Im bardziej rezygnują z siebie, im bardziej wyrzekają się świata, im więcej upokorzeń przyjmują, tym bliżej są Boga. Ich droga to nieustająca ofiara i umartwienia.
Czyż nie jest to jasna wskazówka? Mała Tereska wyznała na łożu śmierci, że najbardziej dokuczliwe w klasztorze było dla niej zimno, ale nigdy nie poprosiła o dodatkowy koc. Walkę z gruźlicą wolała toczyć w nieogrzewanej celi niż w szpitalnej izbie. A Faustyna powtarzała, że chce się ścielić pod stopy sióstr niczym dywanik i pragnie jak największych upokorzeń. Uważała, że jako „największa nędza i nicość” musi błagać Boga, aby się nad nią zmiłował i kształtował jej biedna serce według swojego upodobania. Czyli przez posty, umartwienia i cierpienie…

    Wierzyła – zgodnie z boskimi objawieniami – że bierze na siebie część cierpienia, które przeżywają dusze w czyśćcu i inni ludzie. I tak też tłumaczyła swój ból wywołany chorobą, mobbingiem ze strony sióstr, a także swoim własnym samopoświęceniem i uległością. Cierpienia św. Matki Teresy z Kalkuty Kościół nazywa mistyczną „nocą ciemną” doświadczaną zwykle przez świętych, a tymczasem była to najprawdopodobniej nieleczona depresja spowodowana samotnością, wypaleniem i nieustannym lekceważeniem swoich potrzeb na rzecz potrzeb innych, bardziej potrzebujących ludzi. Matka Teresa też uważała, że "cierpienie uszlachetnia", zbawia świat.


Fundamentem chrześcijaństwa jest miłość. Ale miłość ofiarna, wymagająca poświęceń, wyrzeczeń, rezygnacji – nawet z własnego życia. (…) Im bardziej się ktoś wyniszcza, tym lepiej – jest bliżej Boga, usiłuje zjednoczyć się z cierpieniem Chrystusa… (Abramowicz)

A jednak jest pewna niespójność w nauczaniu Kościoła. Bóg tak nas kocha, że oddał za nas życie, co było doskonałą, niepowtarzalną ofiarą. Nie da się i nie można jej powtórzyć. Umartwienia to nieudolne próby dorównania Bogu, można to nazwać pychą i zuchwałością. Czy Bóg tego chce? Nie sądzę. Skoro Jego istotą jest miłość, to jak może oczekiwać upokorzeń, umartwień, cierpienia od człowieka, obiektu tej miłości? To zgrzyt, niezgodność, wynaturzenie… Jak Bóg może wymagać od jednego człowieka, żeby „cierpiał za miliony”? Co by to miało dać? Ludzie na różne sposoby próbują wytłumaczyć cierpienie własne i innych ludzi, więc nadają mu wartość zbawczą, jakby to cierpienie miało odkupić świat czy pojedynczych ludzi. Takie myślenie może przynieść ulgę. Może też wyrządzić wiele złego. Tym bardziej, jeśli jest głoszone przez osoby uważane w Kościele Katolickim za autorytety.

Ktoś mógłby powiedzieć, ze nie we wszystkich zakonach dzieją się takie rzeczy. Tylko, że to nie jest tak, że czytając książkę M. Abramowicz myślałam „Wow! Jak coś takiego jest możliwe w XXI w.?!!!” Ja tak żyłam przez 19 lat mojego przykładnego katolickiego życia! To był ten ideał świętości, do którego wszyscy mieliśmy dążyć – posłuszeństwo, poświęcenie, zmaganie się ze sobą, skrupulatne wypełnianie przykazań i obowiązków, samodyscyplina, dbanie o komfort innych (byle nie o swój), trwanie w cierpieniu przychodzącym z zewnątrz. A każde odstąpienie od powyższych wartości wywoływało poczucie winy wdrukowane w psychikę za pomocą regularnej wieloletniej indoktrynacji.

Eugen Drewermann, nazywany Lutrem XX wieku, opublikował krytykę Kościoła, w której wiele miejsca poświęcił zakonom. Był katolickim księdzem i pragnął odnowy Kościoła. 

Pisał, że najbardziej wyrazistym i przerażającym przykładem władzy absolutnej Kościoła nad ludźmi są katolickie zakonnice. Przez całe życie nie mogą przeczytać ani jednej gazety i ani jednej książki, którą sobie same wybiorą. Nie wolno im obejrzeć żadnego filmu, sztuki teatralnej, pójść na wykład czy wziąć udział w jakiejkolwiek dyskusji, jeśli ich przełożona nie uzna tego za potrzebne i nienaganne. „Czy można wyraźniej oznajmić, że Kościół w ogóle nie życzy sobie samodzielności myślenia, zdolności krytycznych, dojrzałości ducha?”(…) nawet w więzieniu ludzie mają większą swobodę myśli i informacji niż ta, którą Kościół przewidział dla „służebnic Chrystusa”.

 
Młode zakonnice są niepewne siebie i potrzebują autorytetu. Autorytetu, który wskaże im prawdę, poda reguły i powie, jak żyć. W struktury kościelne wchodzą najczęściej w wieku nastoletnim i nie widzą, że odbiera im się samodzielność myślenia i postępowania. 


Drewermann pokazuje, jak stopniowo ksiądz czy zakonnica wyrzekają się swojej tożsamości, przekonani, że tego oczekuje od nich Chrystus. Wśród tych kroków jest przyjęcie jednolitego ubioru, odmawianie wciąż i wciąż tych samych litanii, różańców i koronek, słuchanie tych samych czytań. Wprost służą temu śluby posłuszeństwa, mimo że Jezus był przeciwny przysięgom – zawsze wynikającym z lęku, a nie z ufności w Boga. (…)


Nie należy sprowadzać tego, co się dzieje w zakonach, do faktu, że niektórzy zawodzą, przeorysza błądzi, a zarządzanie zakonem jest oparte na archaicznych metodach. Nie chodzi o indywidualne błędy, lecz o nieludzkość utrwalonego od stuleci systemu konsekwentnego niszczenia jednostki na wszystkich płaszczyznach egzystencji, uznanego za nietykalny przy użyciu najróżniejszych świętobliwych frazesów(…). 

Drewermann zarzucał Kościołowi Katolickiemu, że przedstawia jako dogmat taką interpretację Pisma, dzięki której zapewnia sobie władzę i dostatni byt na wieki.



***

Za nami pierwsza część cyklu na temat zorganizowanych religii i chrześcijaństwa. Zachęcam do dzielenia się w komentarzach uwagami, przemyśleniami i wątpliwościami :). Na koniec zostawiam bonus dla tych, którzy być może zastanawiają się, po co piszę o Kościele Katolickim, analizuję, krytykuję i się wkurzam, skoro przecież jeśli mi się nie podoba, to nikt mnie tam siłą nie trzyma:



Źródła:

Abramowicz, Marta. Zakonnice odchodzą po cichu. Krytyka Polityczna, 2016.

Frielingsdorf, Karl. Demoniczne obrazy Boga: nieprawdziwe wyobrażenia Boga, ich powstawanie, rozpoznawanie i przezwyciężanie. Wydawnictwo WAM, 1997.

Griffith, James L. Religia, która uzdrawia - religia, która szkodzi: wskazówki dla terapeutów i szukających pomocy. Wydawnictwo WAM, 2013.

Kowalska, Faustyna. Dzienniczek: miłosierdzie Boże w duszy mojej. Wydawnictwo Księży Marianów, 2003.
 
Copyright © 2014 Bez noży bez karabinów , Blogger